O podziemnym korytarzu

Kiedy przyszła wieść, że pan na zamku Gryf, prawy i szlachetny rycerz Władysław Szyja, zginął w walce gdzieś na dalekiej Rusi, jedyną panią zamku została jego córka, piękna Juta. Liczyła ona sobie już ponad dwadzieścia wiosen, ale do zamążpójścia się nie kwapiła, mimo że młody rycerz Wilhelm ze Świecia już dwukrotnie o jej rękę prosił, a nawet przez ojca przeznaczoną mu była. Nie lubiła tego przystojnego młodzieńca, o ładnym obliczu i pięknej postawie. Wprawdzie umiał piękne słowa damom prawić, a i do miecza rękę miał dobrze ułożoną, ale zbyt często chodził niechlujnie odziany, pijany oraz bezbożne pieśni śpiewał, gdy był w towarzystwie. Pachołcy zamkowi oraz piastunka też opowiadali jej, że często pan Wilhelm na drodze dziewki niegodne jego stanu napastował.
Przypuszczała, że jako żona Wilhelma, gdy przed ołtarzem stanie i przysięgnie mu wierność oraz posłuszeństwo małżeńskie, dobrego męża i gospodarza zamku mieć nie będzie. Dlatego gdy przybył któregoś dnia rycerz Leopold, najmłodszy syn kasztelana na Grodźcu i o rękę ją poprosił, bez wahania na ślub z nim się zgodziła. Wprawdzie nie chodził on w tak bogatym odzieniu jak Wilhelm i nie podzwaniał złotymi ostrogami rycerskimi, ale był lubiany, pobożny i szlachetny.
Ślub pani Juty z zamku Gryf i pana rycerza Leopolda z Grodźca odbył się za łaskawym zezwoleniem księcia na Świdnicy i Jaworze, zaraz po zakończeniu żałoby po ojcu. Po ślubie dowiedział się rycerz Leopold, że Wilhelm zemstę mu poprzysiągł, za to że właśnie Leopolda, a nie jego na męża Juta wybrała. Doniesiono mu też, że Wilhelm przez cztery dni pił z rozpaczy razem ze swym przyjacielem, grajkiem italskim, Benitem i że po pijanemu Benito kazał mu uklęknąć i na św. Jerzego, patrona dobrych rycerzy, przysiąc iż nie ożeni się tak długo, dopóki swego miecza między żebra Leopoldowi nie wsadzi.
Zasmuciła ta wieść młodych, bo wiedzieli że Wilhelm. mimo iż nietrzeźwy przysięgał, rycerskiego słowa dotrzymać musi.
Wilhelm dwukrotnie napadał na Leopolda podczas polowania w lasach, czatował na niego po drogach, gdy ten od ojca i matki z Grodźca wracał, a raz to nawet pod bramą zamkową na niego się rzucił z mieczem w dłoni. Za każdym razem udawało się Leopoldowi nieszczęścia uniknąć.
Wiedziała Juta, że Wilhelm spokoju mężowi nie da i że któregoś dnia wdową po nim zostać może, dlatego sprowadziła do zamku przeora klasztoru w Lubiążu, który od biskupa z Dziewina wracał i odbyła z nim naradę. Ustalili wspólnie, że żadne napomnienia dane Wilhelmowi nie pomogą i że rycerz Leopold najlepiej uczyni, jeżeli dla zachowania świętego spokoju na jakiś czas zamek Gryf opuści. Podsunął też mądry przeor z Lubiąża myśl, aby małżonek pani Juty wyruszył do jednego z zakonów rycerskich i razem z tym zakonem do walki przeciwko poganom i wrogom krzyża stanął. Tłumaczył bardzo mądrze, że przez udział w takiej walce nie tylko błogosławieństwo boskie na rycerza Leopolda i jego rodzinę spłynie, ale i chwałę rycerską osiągnie, łupy bogate zdobędzie oraz obce kraje i obyczaje pozna. Dodał, że wielu rycerzy śląskich, jak na przykład dobry Zygmunt z Rogoźna, za udział w walce z Arabami, którzy Ziemię Swiętą i Jerozolimę gnębią, odpust zupełny od wszelkich grzechów już popełnionych otrzymali, a i wiele cennych rzeczy przywieźli.
Zaniepokoiła się pani Juta, że podczas nieobecności męża Wilhelm ją napastować będzie i krzywdę jakąś wyrządzi, albo też na zamek napaść potrafi, ale przeor i te obawy uspokoił, oświadczając, że papież nie tylko błogosławieństwa swego rycerzom walczącym z poganami udziela, ale i ich rodziny opieką otacza. Dodał, że u biskupa we Wrocławiu jest pergamin papieski, na którym napisano, że kto na majętność rycerza krzyżowego, lub rodzinę jego, rękę podniesie klątwą kościelną w całym kraju ogłoszoną, obłożony zostanie.
Tak więc Leopold pancerz na siebie przywdział siadł na swego bojowego rumaka i przez Pragę, do dalekiej Italii wyruszył. W pięć niedziel poźniej jeden z pachołków stajennych, po powrocie ze Świecia, powiadomił Jutę, że Wilhelm na wieść o wyjeździe jej męża na wojnę krzyżową, przez pięć dni pił z radości, a potem swego grajka, Benita, na konia wsadził i też na wojnę krzyżową w ślad za Leopoldem wyruszył. Powiedział też, że sam Bóg ułatwia mu spełnienie rycerskiej przysięgi.
— W bitwie miecz mu między żebra wsadzę, jakom przysięgał — oświadczył. — W bitewnym gwarze nikt nie zauważy mego czynu, a ja, przysięgę spełniwszy, do Świecia powrócę i Jutę za żonę pojmę!
Minęło wiele lat i miesięcy. Nie było żadnej wieści o rycerzu Leopoldzie, ani też o Wilhelmie. Niektórzy nawet przypuszczać zaczęli, że pewnie obaj na obcej ziemi polegli, gdy któregoś dnia przybył goniec z Jeleniej Góry i wieść przyniósł, że szlachetny rycerz Leopold już do zamku powracał, ale jakaś niemoc rozebrała go w drodze i w Kamiennej Górze, w zamku, ze śmiercią walczy. Pojechała pani Juta po niego, po drodze mnicha — szpitalnika z Ciepłowodów pod Jelenią Górą zabierając. Bardzo chorego i w gorączce przywiozła męża do Ciepłowodów, gdzie u ciepłych źródeł był leczony. Litanie przeróżne nad nim 'odmawiano i polepszyło się mu tak, że w dziewięć niedziel później przybył już do zamku swego, ale bardzo odmieniony. Konno przyjechał, chociaż był jeszcze bardzo słaby. Na ramionach miał błyszczący, biały płaszcz, a na nim wyszyty duży, czerwony krzyż maltański, jakby z czterech jaskółczych ogonów złożony. Twarz miał gęsto i głęboko pooraną zmarszczkami i wiele znaków od uderzeń mieczem na pancerzu. Chodził powoli i jakby był starszy, choć plecy jeszcze zupełnie prosto trzymał. Przywiózł w sobie jakieś pogańskie choróbsko arabskie, które zaraz zamkowi ludzie dostrzegli. Chwytało go ono dość często i trzęsło nim jak zimnica. Nieraz nawet w upalne dni trzęsiączka straszna go brała i w kożuch musiał się otulać jak zimą, choć pot kroplisty na czoło mu występował.
Nie nacieszyła się pani Juta powrotem męża długo. W następnym roku, w czwartek po Zielonych Świątkach, zmarł rycerz Leopold, przez kapelana zamkowego wyspowiadany i na śmierć namaszczony. Po jego śmierci Juta na pagórku, o trzy strzelania z łuku od zamku oddalonym, kaplicę pod wezwaniem św. Leopolda zbudować kazała, a w jej podziemiu złożyła zwłoki męża. Potem pagór cały i jeszcze spory kęs lasu zakonnicom z klasztoru benedyktynek w Lubomierzu przekazała, za co przeorysza tegoż klasztoru pergamin specjalny podpisała, w którym zobowiązała się że klasztor w Lubomierzu, aż do dnia Sądu Ostatecznego, w każdy czwartek 41 świec na ołtarzu w tej kaplicy stawiać będzie i modły za spokój duszy Leopolda odmawiać. Prócz tego, w każdą rocznicę jego śmierci, spowiednik zakonnic mszę żałobną odprawi.
Pani Juta po raz drugi wyjść za mąż już nie chciała i postanowiła zostać wdową do końca życia. Przez jedenaście lat prowadziła życie bogobojne i nawet zamku swego nigdy nie opuszczała. Każdy jej dzień podobny był do poprzednich, zgodny z naukami kapelana zamkowego. Oddawała się codziennej pracy i modłom za duszę męża. Sąsiadów nie odwiedzała, ani też gości nie zapraszała. Pieczę nad zamkiem oddała w ręce swego ubogiego krewniaka, rycerza Wodzimira i tylko z nim jedynym, w obecności swej ochmistrzyni, rozmawiała. Kto wie jak długo by takie jej życie trwało, gdyby któregoś dnia nie doszła ją wieść, że rycerz Wilhelm z dalekiego świata do Świecia powrócił. Przybył piechotą, w odzieży lichej, jak pielgrzym ubogi, bez swego śpiewaka Benita, bez giermka i bez pachołków od koni, których ze sobą zabrał. Ponieważ od chwili gdy zamek opuścił, ponad dwadzieścia lat minęło, krewni uznali go za nieżyjącego, a nawet jego młodszy brat, Bogudar, zamek w swe ręce przejął. Wydało się teraz, że Wilhelm biorąc udział w walkach z poganami, dzielnie walczył, ale raniony został i do niewoli arabskiej się dostał. Po dziesięciu latach upokorzeń i pracy u jakiegoś Bestan-Beja, udało mu się uciec. Powrócił do Italii genueńską galerą, a stamtąd pieszo, przez Alpy i Czechy, dotarł do kraju. Gdy przybył do Świecia, pierwsze jego pytanie dotyczyło rycerza Leopolda, a gdy dowiedział się, że ten już nie żyje od lat jedenastu, zemdlał. Dopiero potem, gdy przytomność mu wróciła, bratu swemu i dawnym przyjaciołom przyznał się, że własnym sztyletem życia się chyba pozbawi, bo rycerskiej przysięgi, złożonej w dniu ślubu Leopolda z Jutą, nie dotrzymał i dotrzymać nie może, ponieważ nie ma już Leopolda między żyjącymi.
Bardzo rozpaczał z tego powodu, bojąc się niesławy jaka na niego spadnie. Wiedział, że jako zniesławionemu, żaden pasowany rycerz nie poda ręki, ani też nie odezwie się do niego, jak do równego sobie. Dlatego doradzał mu brat Bogudar, by błędnym rycerzem został, zamek opuścił i poszedł w świat szeroki, gdzie o nim nic nie wiedzą i gdzie jako pasowanego, równym sobie uważać go będą. Wilhelm wykoncypował sobie jednak, że brat specjalnie doradza mu by zamek opuścił, w obawie aby nie musiał jemu, pierworodnemu i w rodzie najstarszemu, dóbr wszelkich oddawać. Dlatego odpowiedział Bogudarowi, że niesława za rycerzem wszędzie, choćby na kraj Świata, dotrze i dlatego postanowił uczynić coś innego. Najpierw kazał młodszemu bratu paść sobie do nóg i posłuszeństwo ślubować, a potem wina podać sobie rozkazał i pił cztery dni samotnie, zamknięty w swej komnacie. Dopiero w szóstym dniu, po wytrzeźwieniu, przebrał się w chędogą odzież, miecz przypasał, na konia wsiadł i do Lubomierza pojechał. Tam do klasztornej furty zapukał, a gdy siostra o powód przybycia go zapytała, rozmowy z przeoryszą zażądał.
Rozmawiał z nią krótko. Zapytał najpierw, czy wzgórek obok zamku Gryf, na którym kaplica św. Leopolda została zbudowana, naprawdę jest własnością klasztoru. Potem, gdy otrzymał odpowiedź twierdzącą, oświadczył bogobojnej przeoryszy, że odda klasztorowi na własność, po wieczne czasy, wszystkie swe ziemie, które po podziale z bratem jemu przypadną, pod warunkiem iż po śmierci na tym pagórku, tuż przed wejściem do kaplicy św. Leopolda, klasztor pochowa jego zwłoki. Zaznaczył równocześnie, że ma być pogrzebany w pełnej zbroi bojowej, w hełmie i z mieczem w dłoni. Oświadczenie takie zdziwiło przeoryszę. Tłumaczyła mu, że taki pochówek nie przystoi rycerzowi, który wziął krzyż i z poganami w zamorskich krajach walczył. Dodała, że za tak sutą darowiznę skłonna jest na swój koszt wybudować kaplicę przy kościele klasztornym, w której po jego śmierci trumnę ze zwłokami złoży, a także nagrobek kamienny z rzeźbą naturalnej wielkości każe umieścić. Rycerz Wilhelm obstawał jednak twardo przy swoim i przeorysza przystała wreszcie na jego warunki. W trzy niedziele później oddano odpowiedni dokument do Wrocławia, aby w kurii biskupiej go potwierdzić.
Wilhelm, po podziale majątku z młodszym bratem, tak wytłumaczył mu swoje postępowanie:
— Nie dotrzymałem przysięgi rycerskiej i miecza między żebra rycerzowi Leopoldowi nie wetknąłem. Teraz już nie mogę tego uczynić, bo on nie żyje, a ja z jego truposzem walczyć nie mogę. Gdybym wszedł do kaplicy, gdzie jego zezwłok spoczywa i mieczem jego kości uszkodził, ta stara czarownica Juta już jutro byłaby u biskupa i za profanację zwłok chrześcijańskich od niego bym oberwał, a wszystko to klątwą kościelną, lub może nawet banicją, by się skończyło. Postanowiłem więc inaczej. Wykonanie przysięgi na później odłożę. Według Biblii koniec świata miał nastąpić w tysiąc lat po śmierci Chrystusa Pana, czyli że już dawno świat nie powinien istnieć, ale jak udowadniają biegli w Piśmie Świętym, rok przez Boga liczony dłuższy jest o ponad połowę od liczonego przez ludzi. Według ksiąg Sybilli, o których w Italii mówiono, koniec świata nastąpi za dwieście, czy też za trzysta lat. Wtedy to wszyscy zmarli z grobów powstaną i na Sąd Ostateczny do Doliny Josafata pospieszą. Widzisz, dźwięki trąb anielskich, które wszystkich ludzi na Sąd Chrystusowy wzywać będą, usłyszę ja prędzej pod kaplicą pochowany, niż rycerz Leopold. Szybciej więc niż on wstanę z grobu i przed kaplicą na niego poczekam. Gdy tylko wyjdzie, miecz mu między żebra wsadzę i jako rycerz, który nigdy danego p siebie słowa nie cofnął, ani też nie złamał, spokojnie pójdę wraz z innymi na ten sąd.
Nie mógł się nadziwić młodszy brat wielkiej mądrości Wilhelma i bardzo długo rozmyślał nad tym co usłyszał. Zaś następnego dnia Wilhelm znów popił sobie ponad miarę i wychodząc z bramy swego zamku został przez wierzeje bramne przytrzaśnięty i zabity. Pogrzeb jego, jako dobroczyńcy klasztoru, odbył się bardzo uroczyście i wszystkie mniszki z Lubomierza udział w nim brały. Trzej księża i kanonik z Jeleniej Góry nad jego mogiłą egzekwie odprawiali. Mniszki nabożne pieśni łacińskie odśpiewały i rycerz Wilhelm, w swej bojowej zbroi, z tarczą i z mieczem w dłoni, przed drzwiami kaplicy św. Leopolda został pogrzebany. Nawet mogiłę z ziemią zrównano, zgodnie z jego życzeniem, by ślad żaden nie pozostał.
W parę niedziel później, przy winie, młodszy brat Wilhelma wszystko co przed śmiercią od niego usłyszał, powtórzył swemu koniuszemu. Ten z kolei przekazał usłyszane słowa starszemu stajennemu, stajenny kucharzowi i w kilka dni później wieść dotarła do pani Juty. Wiadomość ta przestraszyła szlachetną damę, tym bardziej, że przed paroma dniami śnił się jej zmarły małżonek, stojący przed kaplicą i patrzący w kierunku zamku. Cały dzień o tym myślała i do rana usnąć nie mogła. Zaraz po porannym posiłku do przeoryszy w Lubomierzu pojechała. O czym z nią rozmawiała, nie dowiedział się nikt, ale dnia następnego z jej polecenia szafarka Malicha dwa garnki wosku pszczelego na świece do klasztoru mniszek posłała. W kilka dni później przywiozła pani Juta ze Złotoryji, gdzie złoto w ziemi dobywano, dziesięciu gwarków z jakimiś dziwnymi narzędziami. Najstarszy z nich z panią Jutą ponad pół dnia w komnacie się naradzał, a potem pod zamkiem, od strony kaplicy św. Leopolda, chodził. Wieczorem Juta gwarkom dogadzała i nawet do wieczerzy wino podać kazała. Rankiem dnia następnego gwarkowie od piwnic zamku w stronę kaplicy podziemne przejście ryć zaczęli. Wynosili ziemię, wraz z kamieniami, w kubłach drewnianych i na skraju zbocza, za murem, wysypywali.
Ludzie zamkowi zaczęli różne domysły snuć i różne rzeczy na ten temat opowiadać. Jedni mówili, że pani Juta nowe lochy pod zamkiem. kuć poleciła, by skarby swe tam ukryć, inni zaś twierdzili, że złota szukać kazała. Jeszcze inni przypuszczali, że podziemne przejście na wypadek oblężenia przybysze ze Złotoryji szykują. Sprawa wyjaśniła się wtedy, kiedy to gwarkowie, na życzenie pani Juty, rozpoczęli ryć korytarz podziemny od strony krypty grobowej rycerza Leopolda w stronę zamku. Wyszło na jaw, że wdowa postanowiła połączyć oba punkty przejściem skrytym w ziemi.
Którejś nocy przyśnił się pani Jucie mąż-nieboszczyk i klęknąwszy w zardzewiałej zbroi u jej łoża, tak powiedział:
— Dziękuję, małżonko moja, za wykonanie korytarza, którym połączyłaś miejsce spoczynku moich zwłok z zamkiem. Wiem, że przed wejściem do kaplicy spoczywa w ziemi pochowany wróg mój, który śmierć mi poprzysiągł i dlatego gdy na Sąd Ostateczny z prochu powstanę i tym korytarzem pod zamek pójdę, on, nie wiedząc o istnieniu tego podziemnego przejścia, pod drzwiami kaplicy oczekiwać mnie będzie i na Sąd Ostateczny się spóźni, za co Chrystus ogniem piekielnym go ukarze.
Dnia następnego nie podniosła się już pani Juta z łoża w swej komnacie, mimo że nawet cyrulika z Jeleniej Góry do niej sprowadzono, który czterokrotnie krew jej puszczał. W niedzielę później, namaszczona olejami świętymi, zmarła a dusza jej odeszła, by na zawsze połączyć się z duszą rycerza Leopolda.

 

źródło: Urszula i Aleksander Wiąckowie, Legendy Karkonoszy i okolic, 1984r.

 

JANUSZ LEWCZYK

Świdnica

tel. 603 099 193

e-mail: janusz.lewczyk@infomix.com.pl

© Janusz Lewczyk (d. INFOMIX) 1999-2019

Wszelkie prawa zastrzeżone