2018.12.08-09 - Góry Bystrzyckie

       

    Dzień 1 - mapa trasy
    Stara Łomnica - Huta - Fort Wilhelma - leśniczówka Młoty - Osmelakowa Dolina - Schronisko Jagodna
    I znowu pobudka z rańca i co dalej? Wiadomo. Pod teatr. Ale nie po to o czym teraz czytający myślą. Nie po kulturę. Na spotkanie z podobnymi miłośnikami gór i nie tylko. Dziś nazwałbym ich grupą z Tworek. I nie był to personel tegoż zacnego zakładu. Dlaczego tak? Wyjaśnię później. Przyzwyczaiłem się. Ba. Żyć bez nich nie mogę. Co więcej. Dołączyłem do nich. I sobie to chwalę. No może poza wymuszoną próbą pobicia rekordu przemieszczania się ze Świdnicy pod ów teatr - 25 minut.b1 A nie poruszam się torpedą tylko zacnym, statecznym a czasami figlarnym (to wyjaśnię na końcu) pojazdem w "dizlu".
    Dziś luksus pełną gębą czyli bus z kierowcą do pełnej dyspozycji. Czy może być inaczej, skoro kierowca jest jednocześnie mężem jednej z uczestniczek kursu? A znając Jej temperament to wiem, że facet nie śmiałby niczego jej odmówić.b1 Krótkie przywitanie z jednoczesnym złożeniem kondolencji - ich powód wymieniony wcześniej, b1 i w drogę. Kierunek Góry Bystrzyckie a dokładniej rzecz ujmując - Stara Łomnica.

    01

    Pierwszy widoczek z busa na G. Bystrzyckie

    Moja pierwsza tzw. autokarówka czyli pierwszy raz na kursie będę pilotem wycieczki autokarowej a dziś jako pierwszy mam przyjemność i zaszczyt opowiadania o tym co po drodze. Wcześniej przygotowałem się ciutkę czyli stworzyłem tak z 10 stron A4 historii mijanych obiektów na trasie Wałbrzych Śródmieście - Głuszyca. Szczerze mówiąc to i jedna strona by wystarczyła bo nie jest to długi odcinek. Ale coś tam bąknąłem po drodze o mijanych budynkach, szybach, dzielnicach i parkach bez wgłębiania się w daty i w historię. Zbyt mało czasu było by wszystko opowiedzieć. W końcu był to Wałbrzych czyli miejsce mego poczęcia i dorastania, więc wiem o nim wiele a o niektórych obiektach więcej niż wiele. Wystarczy. Zapewne i tak niewielu tego słuchało.b1

    01

    Taaaaaką rybę złapałem albo ...b1

    W końcu ruszamy w trasę. Kierunek Spalona szlakiem zielonym. Leziemy przez pola i ugory wpierw jakąś ulubioną asfaltówką - oj, takich ulubionych będzie sporo na tym wyjeździe, - a później zmieniamy ją na bardziej przyzwoitą nawierzchnię czyli bardziej błotnistą. Zaczynamy piąć się pod górę mijając miejsca po dawnych zabudowaniach - zniszczone kamienne murki, czasami jakieś fundamenty lub wyrośnięte drzewo owocowe w środku lasu. Trafiła się także rozpadająca się chałupa wraz z zabudowaniami gospodarczymi. Wszystkie oznaki przemijania dawnej świetności. Kolega Mirek chyba demonstrował przy niej jaką rybę złowił.b1

    01

    Uciekinierzy z Tworek w terenie

    I cały czas idziemy pod górę, tym razem zboczem Bartosza. W końcu aby pokonać 500 m różnicy poziomów to inaczej się nie da.b1 Komu było na dole zimno to już przestał narzekać. Ba. Powoli zaczynamy się rozpinać nawet. Wychodzimy z lasu by, oglądając się do tyłu, mieć przed sobą piękną panoramę Kotliny Kłodzkiej wraz z otaczającymi ją górami. Co prawda niektórych wierzchołków nie widać, bo pułap chmur to jakieś 900m ale też jest pięknie i widowiskowo. No i zaraz zaczyna się popis ochotników (albo i nie) do panoramkowania. A widać stąd sporo. Oj sporo - link. Oprócz pasm górskich (od Gór Sowich po Masyw Śnieżnika) widoczna jest cała zabudowa Kotliny a także miejscowości leżące poza nią, np. Ząbkowice Śląskie albo Ziębice., a zza szczytów Gór Złotych wyłania się farma wiatrowa. Przy dobrej pogodzie byłoby to piękne miejsce do różnych rozmyślań. Niestety, dziś to raczej myślimy o tym, jak umknąć od bardzo porwistego wiatru.b1

    01

    Panorama Kotliny Kłodzkiej

    Ruszamy z tego wygwizdowa mijając przysiółek Bukowice, krańcową część wsi Huta. Zbaczamy ze szlaku zielonego, wchodząc ponownie w las, by podejść do tajemniczego pomnika Strażnika Wieczności. Biedny chłopina. Stoi sam w lesie. Pilnuje ruchu na dróżce o nazwie Wieczność. W dodatku przez lata nie cieszył się szacunkiem. Ktoś mu urwał kawał nosa. Na mojej cykniętej fotce Chaplina przypomina.b1 Skoro jestem już przy tej dróżce to należy zaznaczyć, że inne w Górach Bystrzyckich mają równie tajemnicze nazwy - Ścieżka Wielkiego Strachu, Droga Stanisława, Mokra Ścieżka, itd. Zapewne nazwy te związane są z dawnymi wydarzeniami jakie mogły mieć tu miejsce. A może nie tylko z dawnymi? Patrz link i link.
    Wracamy w kierunku zielonego szlaku. O nie. Dowodzący ciągnie nas w las na pobliski pagórek. A na nim? Pamiątka po III Rzeszy. Ze swastyką. Jakim cudem ona się jeszcze zachowała? Wracamy w dół.

    01

    Strażnik Wieczności

    Opuszczamy to miejsce i dalej w drogę. Wkrótce mijamy harcowników leśnych. I tu następna, bardziej współczesna, zagwozdka. Jak to jest? Handlować w niedzielę jest zabronione a wycinać las nie? Mam takie ciche podejrzenie (trudno, będzie polityka), że zakaz ten zależy od tego, do kogo idzie zysk.
    Dochodzimy do kolejnej wiaty. Zmiana dowodzącego. O! To ja mam nim być. Do licha. Ścieżka prosta. Wokół las. O czym tu mówić? Kilka słów o mijanych zabudowaniach wsi Młoty w dolinie Bystrzycy. Trudno nie ma o czym mówić to kołki w zęby i tempo 22.b1 Dosłownie. Towarzystwo takie rozbawione, że już iść im się nie chce. O nie. Nie ze mną te numery. I narzucam tempo szybko-marszowe. Przy następnej zmianie dowodzącego większość była szczęśliwa, że mnie już na przodku nie widzi.b1
    Dochodzimy do Osmelakowej Doliny. Zapadła ciemność. Wyciągamy czołówki. Drogę teraz widać ale otoczenia to już nie. Szkoda. Jestem tu pierwszy raz i chciałbym wiedzieć co jest wokół mnie. Niestety. Ciemność to jedno ale zaczyna padać śnieg. Noż kurcze. Jeszcze brakuje tylko tego białego ... świństwa. Leziemy asfaltówką a ona robi się coraz bardziej biała i śliska. I nagle światła po lewej stronie - cel naszego marszu. Schronisko Jagodna. Zmartwionych tym widokiem nie stwierdziłem.
    Wchodzimy do środka. Ludzi multum. Czuć taką atmosferę przytulności. Polecam. No i ciepełko jest i nie wieje. Czego więcej do szczęścia trzeba po całodziennej wędrówce? Wkrótce dowiedziałem się, że jestem w błędzie.b1 Zamawiamy żarełko. Ja biorę Pokusę Leśniczego. Ciekawa nazwa. Nie była to rusałka.b1 Ale była pyszna - kasza gryczana zapiekana z serem białym, cebulą i boczkiem, doprawiana kminkiem i chilli. Polecam. Współtowarzysze poszli w dania bardziej tradycyjne. Wszyscy jednak najedli się do syta. Zsuwamy stoliki i zaczynamy ... imprezę imieninową. Barbary niedawno było więc trzeba było to uczcić. Jak zwykle przeczytaniem kilku książek o nalewkach. Niestety. Wnet okazało się, że za chwilę będzie koncert poezji śpiewanej. Cóż. Jako jednostka kochająca prozę przeniosłem się wraz z podobnymi miłośnikami do innej sali, oczywiście zabierając książki ale tylko te pisane prozą. Też było fajnie.b1
    Idziemy na pokoje by spać. Nie. Spać nie będziemy. Po pierwsze. Imieniny trzeba dokończyć a po drugie została jeszcze część artystyczna przygotowana przez Asię (jednowieczorowego KO-wca), przemienionego w Mikołaja. I nie dostałem rózgi tylko wazelinkę. Przy takim podarku to towarzystwo miało ubaw. Na wszelki wypadek pokazałem na jaką część ciała się ją stosuje, co by im jakieś głupie pomysły nie wpadły do głowy.b1
    Dobra. Koniec zabawy. Idziemy lulu. Rano nowy cel nam historia wytycza czyli wyjaśni się dlaczego nie był to personel Tworek.b1

    Dzień 2
    Schronisko Jagodna - Sasanka - Jagodna - przeł. nad Porębą - Poręba - Długopole Zdrój
    Dobrze się spało, poza jednym drobnym incydentem - Piotr zapomniał budzik wyłączyć a ten o 4tej rano zrobił lokatorom pobudkę.b1 Budzimy się ponownie o właściwej porze. I tak nie ma innego wyjścia – sąsiedzi zza ściany prowadzą ożywioną dyskusję towarzyską. Pakujemy się i schodzimy na śniadanie. Jajecznica. Zbiorowa czyli każdy nakłada sobie ile zechce. Do tego herbata. Rano więcej do szczęścia nie trzeba. Nasyceni, zadowoleni. Zwłaszcza ci siedzący tyłem do okien. Ja mniej bo już wychodziłem na zewnątrz, a tam? Piekło. Tylko zimne. Śnieg, śnieg z deszczem w towarzystwie bardzo silnego wiatru. Podłoże przypomina gąbkę. Narzekam. W swej naiwności myślałem, że gorzej już być nie może.b1

    01

    Przy Schronisku Jagodna

    Wychodzimy na zewnątrz. Patrzę na twarze. Oj. Znikają uśmiechnięte buźki. Szefowa kursu wyjaśnia dlaczego w taką pogodę nie należy ruszać z grupą w góry po czym - ruszamy w góry. No Tworki na ucieczce.b1 Idziemy. Reklamacji nikt nie przyjmuje. Zresztą innego wyjścia nie ma. Do domu trzeba jakoś wrócić.
    Pomykamy w kierunku Jagodnej (góry) po mokrym śniegu z tendencją poślizgową na każdym kroku raz po czymś utwardzonym a innym razem błotnistą i wąską ścieżką przez las. Totalna monotonia. Głowy pochylone. Dobrze że ten wiatr wieje z tyłu lub z boku. Ba. Nawet pomaga w poruszaniu się. Po godzinie takiego marszu rozpoznaję każdego współuczestnika po butach, spodniach i szerokości bioder. Pominąłem coś po drodze?b1

    01

    W drogę

    Wiata. Zatrzymujemy się na drobną przekąskę. Nawet jeść się nie chce. Pogoda odbiera apetyt. Idziemy dalej. Może dalej będzie lepiej? Schodzimy z Jagodnej i wtem niespodzianka. Słoneczko wyszło zza chmur. Niestety. Tylko po to aby pokazać nam pewien palec. I nie był to kciuk.b1 Dobrze, że chociaż przestało mocno wiać i śniegu pod stopami nie ma. Dochodzimy do przełęczy nad Porębą. Skończyła się osłona lasu. Wtem jak nie dmuchnie. A my stoimy jak te … sosny w lesie. Przekonałem się wtedy, że mam nadwagę bo udało mi się pozostać na miejscu. I nie dość że dmucha to zaczęło lać. O tak po prostu leje. Jak latem. Z drobną różnicą – temperatura lejącej się wody bliska jest temperatury zamarzania. Zaczynam tęsknić za śniegiem sypiącym wyżej.b1
    Schodzimy asfaltówką w dół do Poręby. Po drodze wtargnięcie na prywatną posesję – była tabliczka „teren prywatny” więc bez zgody właściciela wchodzić tam nie wolno. Na niej jakaś stara chałupa. Dalej. Kościół pw. św. Sebastiana. Zaczyna się popis przewodnika-historyka. On mówi, deszcz leje. My stoimy i słuchamy. Na dworze żadnego żywego ducha. Nawet bezdomne psy się pochowały. Ludzie zza firanek patrzą na tych dziwaków. Inni zapewne dobytek chowają. No. Naprawdę Tworki na ucieczce. Jest punkt pocieszenia – nie wieje już tak mocno.b1 W końcu po sztuce odrywamy się od miłośnika historii. Zrozumiał. Ruszamy dalej. Kierunek Długopole Zdrój.

    01

    Gdzieś w Porębie

    No tak. Tylko po kiego czorta nastawiano tam tyle kapliczek przydrożnych? Widocznie w owych czasach koperta to było za mało. A grzeszono tam mocno. Co krok to jakiś symbol tych uciech. No i musimy go omówić. W tym lejącym deszczu. No Tworki bez dwóch zdań.b1
    Opuszczamy Porębę z nadzieją, że kapliczek już nie będzie. Ja natomiast z nadzieją, że zdążymy dojść przed ogłoszeniem stanu alarmu powodziowego. Przydrożne potoki zaczynają stawać się rzekami. Idziemy po asfalcie. Jedyną jego zaletą było to, że błota nie ma. W zasadzie mnie było już to obojętne. Na plecach peleryna i ta dała radę. Nie przemokła. No ale woda z peleryny gdzieś musiała ściekać. Najkrótszą drogą. Na spodnie i na buty a te zmoczone od dołu, z boku i z góry powiedziały dość. I przemokły. Co gorsze, owa ciecz wykorzystując zjawisko kapilarne, zaczęła posuwać się ruchem jednostajnie przyspieszonym w górę po nogawkach moich spodni, szybko osiągając wysokość kolan. Nie. Wyżej nie doszła bo już teren był zajęty przez część wody spływającą z peleryny. I w takim stanie odzieży dotarłem ostatkiem dobrego ducha do Długopola Zdrój.b1

    Mostek, krótka droga przez park zdrojowy. Krótka to pojęcie względne. Bo gdyby iść oznaczeniem o kolorze cegły to marsz przypominałby poranny powrót z wiejskiego wesela.b1 Pijalnia wód. Wchodzimy. Nareszcie dach nad głową. W pijalni kanapy w kolorze kanarkowym. Mięciuteńkie i wygodne. Aż żal na nich siadać w tych upapranych spodniach. Trudno. Niech wójt odda je do czyszczenia po nasze wizycie. Niektórzy piją wodę mineralną sączącą się z ujęcia. Nie ryzykuję bo wiem czym może się to zakończyć. Niech chociaż żołądek nie cierpi.b1
    Po chwili ruszamy dalej. Kierunek stacja PKP. Po drodze jednak zahaczamy o knajpkę w dawnym kościele ewangelickim. Paniska ponownie rozsiadają się i zamawiają frykasy. Głodne biedaczyska nie przewidziały jednak, że kuchnia nie wydoli przy takiej ilości głodomorów i dostały żarełko na wynos,b1 bo do odjazdu pociągu pozostało minut dwadzieścia. Sprint pod górę i w końcu stacja PKP. Marsz zakończony. Teraz pozostał tylko szybki powrót do domu czyli – przesiadka w Kłodzku, druga w Jedlinie Górnej do autobusu zastępczego, następna na Wałbrzychu Głównym do autobusu miejskiego, kilkaset metrów marszu pod teatr i … niespodzianka. Dochodzę do mojej rakiety, patrzę a wewnątrz pali się światełko w podsufitce. Brawo. Dwa dni jarania może oznaczać tylko to, że padł akumulator. Odpalam a on pociągnął. Uff. Bo moja rakieta już tak ma – czasami sama otwiera mi centralny zamek. Szkoda tylko, że tym razem dwa dni przed moim przyjściem.b1
    Hurra. Wracam do domu. Ogrzewanie na full. Spodniom należy się ciepełko. Spokojnie i bez nerwów dojeżdżam do domu. I to by było na tyle.
    Następna eskapada to Karkonosze. Dzięki bogu tam nie będzie deszczu. Za to śnieg, mróz i zapewne wiatr bo ten wszędzie jest. Po powrocie napiszę co jest gorsze.
    P.S. Przymierzam się do eskapady w Karkonosze. Wyciągam buty ze schowka, oglądam je i wtem niespodzianka - pęknięcie lewego na wierzchu. Tak mu w skórę dała ta wycieczka. Niestety. Nawet Góry Bystrzyckie bywają zabójcze. Na szczęście tylko dla butów.b1