2019.04.13-14 - G. Opawskie

       

    O! Wena nadeszła. Pół roku przerwy w pisaniu robi swoje. Ale koniec z lenistwem. Zima się skończyła - chociaż poniższe fotki mówią zupełnie co innego, czas nadrobić zaległości pisarskie albo przynajmniej opisywać ostatnie przeżycia.
       
    Dzień 1-szy - trasa w linku
    Tym razem zaliczałem Góry Opawskie. Jednak zaliczałem to trochę słowo na wyrost bo tradycyjnie zaplanowana trasa została skrócona. I weź tu teraz człowieku wyznacz ją na mapa-turystyczna.pl. Miałobyć przejście po szlakach a wyszły skróty pozaszlakowe, jednakże dobrze wpisujące się w motto kursu czyli "my tu jeszcze wrócimy".b1
    Sobota. Ciepły, wiosenny pranek. Wstałem bo musiałem. Tym razem jednak urządziłem się lepiej. Żadnych dojazdów do Wałbrzycha. Bus razem ze współmęczennikami przyjedzie po mnie. A co. Śniadanko, pakowanko i wymarsz czyli do przejścia 500 m na obwodnicę. Na wszelki wypadek doszedłem do niej wcześniej bo a nuż wyjadą punktualnie z Wałbrzycha i mnie nie zastaną? Czekałem minut 20-cia aż w końcu srebrna torpeda mrugnęła światłami, zatrzymała się i wsiadłem. Z kierowcą przywitałem się tradycyjmym zwrotem - współczuję. Dlaczego takim? Szczegółów nie mogę ujawnić bo chciałbym jednak dotrwać do końca kursu w zdrowiu nie tylko fizycznym. b1

    01

    Jedziemy. Celem są Góry Opawskie a dokładniej miejscowość Pokrzywna. Kawał drogi do przejechania. Dzierżoniów, Ząbkowice, Kamieniec Ząbkowicki, Paczków. Kilka minut postoju na stacji benzynowej w celu oddania płynów ustrojowych lub pobrania nowych w postaci do strawienia. Jedziemy dalej. 115 km jazdy. Gdzie te Góry Opawskie są? I nagle okazuje się, że są. I to napewno góry - zaczyna padać śnieg. Mój ukochany śnieg za którym tęsknię jak szczerbaty za sucharami.b1 Wreszcie koniec jazdy. Pokrzywna. Stąd wyruszamy na ich podbój. Większość uczestników - podobnie jak ja - jest tu pierwszy raz w życiu. I pewnie ostatni. Strasznie daleko od Wałbrzycha lub Kłodzka. Przecież górołazi lubią chodzić a nie jeździć - zdanie zmieniłem następnego dnia przy powrocie.b1

    01

    Piekiełko

    Pokrzywna. Miejsce startowe. Wyruszamy na podbój. Duże plecaki zostawiamy w busie a małe zabieramy ze sobą. Duże kierowca busa zawiezie do Schroniska pod Biskupią Kopą. Zakładamy peleryny bo pada to białe g...b1 świństwo. Idziemy szlakiem niebieskim zwanym Szlakiem Przełomu Złotego Potoku wzdłuż miejscowości mijając jakieś domy kempingowe, knajpy i różne miejsca zabaw dla turystów zmotoryzowanych czyli tzw. Zaginione Miasto Rosenau - tu link do legendy o tym miejscu. Mijamy kaplicę polową, dalej miejsce ze szczątkowymi pozostałościami skoczni narciarskiej i dochodzimy do Ścieżki Gwarków czyli Gwarkowej Perci. Jest to nieczynny kamieniołom łupka ze stromymi ścianami o wysokości kilkunastu metrów. Przy jednej ze ścian wyrobiska stoi metalowa drabina po której należy się wspiąc aby dojść do Piekiełka - kolejnej atrakcji. Sam fakt istnienia tej drabiny jest ewenementem. Szczeliniec lub Błędne Skały? To rozumiem ale takie pagórki jak Góry Opawskie? A tu prosze - prawie Tatry.b1 Przezornie tych z większymi mięśniami brzusznymi zostawiamy na końcu. Bo jakby się taki zsunął niechcący to lawina mogłąby się zatrzymać aż gdzieś pod dawną skocznią. Zgadnijcie kto szedł ostatni?b1 Pokonujemy tę przeszkodę i już jest Piekiełko czyli dawny kamieniołom łupka tworzący dwie pionowe ściany skalne, zawdzięczającego swoją nazwę legendzie, według której na dnie głębokiego kamieniołomu znajdowały się mityczne bramy piekieł.

    01

    Rozległa panorama spod schroniska pod Biskupią Kopą b1

    Idziemy dalej. Tempo marszu jest niezbyt szybkie i już widać, że planu nie da się zrealizować. Zaskoczenia nie ma ponieważ wszystkim znane jest motto kursu - "my tu jeszcze wrócimy".b1 Szczerze mówiąc to i tak nie ma się po co spieszyć. Dalsze otoczenie wszędzie wygląda jednakowo - czyli szara masa z naprzemian padającym śniegiem i deszczem. Biskupia Kopa? Gdzieś jest. Tylko jej nie widać. Na temat pogody w trakcie trwania wyjazdów kursowych mógłbym już osobny rozdział napisać a w skrócie brzmi to tak - Matka Natura nie przepada za nami i hartuje nas na wszelkie sposoby.b1
    Zmieniamy kolor szlaku na żółty i kierujemy się w stronę Biskupiej Kopy. Idziemy różnym drogami a czasami ścieżkami po coraz głębszym śniegu. Mijamy rozwijającą się wiosenną roślinność - m.in. niedźwiedzi czosnek, szczaw zajęczy a także kilka gatunków drzew iglastych - m.in. daglezje, co oznaczałoby że miejsca przy których one rosną, były kiedyś sztucznie tworzone bo daglezja nie jest gatunekiem rodzimym. Pniemy się pod górę. Mgła bez zmian. W pewnym momencie poczułem ogromne pragnienie napicia się kawy. Niestety. Źle zinterpretowałem to wołanie podświadomości. Krzyknąłem do kolegi obok - kawę chcesz? Pewnie - odpowiedział. Koleżanka idąca obok zareagowała i mówi - przecież zaraz będzie schronisko. Ale kto by tam blondynki słuchał, więc podelektowaliśmy się kawą i ruszamy dalej ... 20 m.b1 Okazało się, że zrobiliśmy sobie przerwę kawową tuż pod schroniskiem.b1

    01

    Siostry Sisters - wersja exclusive b1

    Dotarliśmy do schroniska. Pierwsze wrażenie? Pozytywne. Na plus wystrój, obsługa i żarełko, na minus podłoga. No chciałoby się po deskach pochodzić a tam kafelki leżą. Robimy sobie krótką przerwę obiadową połączoną z wysłuchaniem przygotowanych materiałów. Niektórym udaje się nawet coś przekąsić i wyruszamy dalej - kierunek Biskupia Kopa. 110 m różnicy poziomów między schroniskiem a szczytem na krótkim odcinku - więc stromo jest a w dodatku po tym białym g...b1 świństwie. Dajemy radę. Nawet dość szybko. Na górze bez zmian czyli mgła. Wieża. Jest. Nawet nie próbujemy na nią wchodzić bo i tak niczego z niej nie widać. Poglądowa panoramka - w linku. Wysłuchanie przygotowanych historii o tym miejscu i ... zaczyna sę hardcore czyli zejście szlakiem niebieskim w kierunku ruin Zamku Leuchtenštejn. Ostre zejście wąską nieprzetartą ścieżką po śniegu. Szybko nauczyłem się zasłyszanych nowych przekleństw. Docieramy do tych ruin. W naszych czasach nawet pojęcie ruina to rzecz względna.b1 Przecież tam jest tylko czarna dziura, która kiedyś była fundamentem wieży. I nic więcej. Tyle staczania się w dół by dziurę pooglądać. No, no. I co gorsze, teraz dla odmiany trzeba się wtoczyć z powrotem pod górę. Na szczęście jest skrót omijający szczyt i po nim docieramy z powrotem do schroniska. Zabieramy przywiezione busem plecaki i udajemy się do pokoi. A w nich łóżeczka z pościelą. Oj chciałoby się .... Niestety. Nie na tej imprezie. Przebieramy się, nakładamy obuwie domowe i schodzimy na obiado-kolację. Żarełko pyszne. Wchodzi bez problemów. Ba. Chciałoby się nawet dokładkę. Ale z drugiej strony patrząc to górołazy się nie tuczą tylko albo łażą albo słuchają. I właśnie nadeszła pora słuchania. Zmieniamy lokal przechodząc do dużej sali. Najpierw szefowa kursu, później instruktor a na końcu kursanci. O trwało to długo, oj długo. Ale to już normalka. Podsumowanie dnia kończy się w nocy. Jeszcze część artystyczna czyli zabawa oficjalna. Wreszcie luz i można pójść spać. To oficjalna wersja dla prasy i rodzinb1 bo tak nieoficjalnie to ... rozpoczynamy czytelnictwo literatury krajowej i nie tylko. Ot, taka forma przeglądu wydawnictw botanicznych.b1 I to byłby koniec pierwszego dnia wypadu w Góry Opawskie.

    Dzien 2gi - trasa w linku

    Poranek. Pobudka. Bolą mnie wszystkie kości. Od stóp do głowy. Z tym że w tym miejscu zawartość też mnie ... boli - (mam takie koleżanki kursowe, które twierdzą, że z powodu braku zawartości nie powinno mnie boleć.b1) Zaczynam się zastanawiać dlaczego w prawie wszystkich schroniskach są takie twarde materace w łóżkach. Czy mają przypominać o podłodze na której mogłeś turysto spoczywać? A może działa tu zasada - prześpij się i spadaj? Przychodzisz do takiego miejsca zmęczony, chciałbyś się wygodnie przespać a rankiem budzisz się ze zdwojonym bólem kończyn i nie tylko. Trudno. Łykam jakieś przeciwbólowe świństwo - jak mówią moje miłe koleżanki kursowe (te same co poprzednio): to musi być coś w kolorze niebieskim bo po spożyciu tego, nie mogą mnie na trasie dogonićb1 - i wychodzę na zewnątrz popatrzeć na to co nam szykuje pogoda na dzień dzisiejszy. A tu prosze. Niespodzianka. Słoneczko przebija się przez mgłę. Niestety. Jest i łyżka dziegciu. Trochę przybyło tego białego g....b1 Robię obchód terenu i wracam w kierunku pokoju. Pomny bólu dostrzegam kanapę na korytarzu i się na niej układam na godzinę. I to była piękna godzina. Mięciuteńko było. Przyjemnie.

    01

    Ponowna pobudka. Czas na śniadanie. Pakujemy się. W międzyczasie kol. Basia poczęstowała mnie kawą. Doświadczona kobieta to wie co facetowi rano jest potrzebne.b1 Kawa plus tabletka i już mnie rozpiera. Nawet na głodniaka. Schodzę do jadalni i ... wyciągam własne środki żywieniowe. Zamawiam następną kawę i dowiaduję się, że trasa ulega zmianie, a tak poza tym to ja dziś mam się udzielać na niej czyli zaprowadzić grupę do Zlatych Hor i pobajerować w międzyczasie. Trudno. Taka jest dola kursanta. Przyjmuję ją z pokorą chociaż wiem jak to będzie wyglądało w rzeczywistości ale o tym za chwilę.
    Opuszczamy schronisko. Jeszcze pamiątkowa fota przed i w drogę skrótami do zielonego szlaku. Po czym? Wiadomo. Po tym białym g....b1 Szybko mijamy miejsca zwane Braunerova lavička i Hofmannova lavička i skręcamy na zielony szlak. Oczywiście przy tych lavickach pada pytanie - skąd ta nazwa. Kol. Zuza szybko podsuwa odpowiedź - miejsce odpoczynku dla miejscowych moczymordów spragnionych przyrody i nie tylko.b1

    01

    Mnichův kámen

    Szlak wiedzie w dół. Jest ślisko ale wreszcie kończy się to białe g....b1 Mam nadzieję, że to już ostatni widok na niego w tym roku. Naprawdę mam śniegu dość. W tym roku widziałem go już we wszystkich formach i o różnej głębokości.
    Przecinamy dwukrotnie szosę z Petrovic do Zlatch Hor i docieramy do pierwszego obiektu na trasie - Mnichův kámen (formacja skalna mająca swoim kształtem przypominać postać mnicha). Zatrzymujemy się bo mam do powiedzenia kilka słów. No i zgodnie z tradycją zaczyna się przestawianie przewodnika w odpowiednie miejsce. Szefowa i instruktor prześcigają się w tym naprzemian. Zaczynam się czuć jak wyznawca judaizmu w pustym markecie - wersja poprawna.b1 Zaciskam zęby. Daję radę.
    Ruszamy dalej. Idę na przedzie narzucając - zgodnie z radą instruktora - dość mocne tempo. Grupa rozciąga się jak sznurówka. Zatrzymuję się by zebrać to towarzystwo w jakieś stado. Szefowa proponuje jakieś pogaduszki, instruktor popędza i wtedy nie wytrzymuję, ustalając hierarchię w sposób krótki acz dosadny - mordy w kubeł, ja tu prowadzę i ja tu teraz rządzę.
    Zatrzymujemy się przy następnym obiekcie - kaplicy Św.. Rocha. Wygłaszam co wiem na jej temat, kol. Marcin dodaje swoją wiedzę, robimy foty i pędzimy dalej do Zlatych Hor, które widoczne są z trasy jak na dłoni. Niestety. One też zostały skażone budownictwem socjalizmu czyli betonowymi klockami położonym na stokach wzniesień, pasującymi do górskiego krajobrazu jak wół do karety. Wkrótce wchodzimy w pierwsze zabudowania i szybko docieramy do głównej ulicy.

    01

    Zlate Hory

    Zlate Hory. Kiedyś, będąc w pobliskich Głuchołazach, przejechałem granicę, dotarłem do pierwszych zabudowań i stwierdziłem - ot, kolejne czeskie miasteczko. I zawróciłem. Może wtedy jeszcze miałem inne zainteresowania ale to był błąd. Nie jest to kolejne miasteczko ale miejscowość z bardzo bogatą historią - szczegół tutaj.

    01

    Tam byliśmy czyli Biskupia Kopa w zamglonej okazałości

    Zatrzymujemy się w kilku miejscach - ratusz, kościół i podążamy dalej, po czym? Wiadomo śniegu już nie ma ale w zamian jest ulubiony asfalt, Duuużo asfaltu. Przekraczamy dawne przejście graniczne i wkraczamy do ojczyzny. Skręcamy w lewo na kolejny asfalt by spróbować dojść do pagórka zwanego Przednią Kopą. Tu pojawia się różnica zdań co do wyboru drogi ale suma sumarum udaje się nam osiągnąć kompromis. A na Przedniej Kopie? Wieża z dawną restauracją w odwiecznym remoncie. Robię fotkę potrzebną mi do spisu wież Sudetów i mkniemy dalej - kierunek Głuchołazy. Podobno idziemy szlakiem. Podobno bo ścieżka wiedzie przez zarośla i chaszcze. Jednak po chwili wychodzimy na bardziej uczęszczaną drogę - szlak niebieski. O! Teraz to już blisko celu. Po drodze z lewej strony widok na miasto, jakieś źródełko przy drodze a tak wogóle to szlak wiedzie przez Rezerwat Bukowy Las. Jeszcze wiadukt kolejowy i naszym oczom ukazuje się srebrna strzała. Wbijamy się w nią by po ponad godzinie jazdy wysiąść przy stacji Klodzko Główne. Tu następuje chwila czułych albo i nie, pożegnań i uczestnicy rozjeżdżają się do swoich domów. Jedni mają blisko, na innych czekają jakieś pojazdy z zawartością a jeszcze inni zamierzają wrócić pociągiem.

    01

    Zagadka czyli czego brakuje na tej fotce? b1

    No i w tym miejscu doznałem olśnienia - po prostu przypływ geniuszu.b1 Wykombinowałem sobie tak - po kiego grzyba mam jechać do Wałbrzycha by później szukać połączenia Wałbrzycha ze Świdnicą. Popatrzyłem na rozkład jazdy - jest pociąg do Legnicy przez Świdnicę. A skoro jest to ja nim pojadę. Jakoś nie dotarło jeszcze do mnie, że muszę na niego czekać 2.5 godziny. Grupa się rozjechała a ja kwitnę na tym dworcu. Powoli zaczynam wracać do rzeczywistości. Czas wolno się wlecze, spaceruje to wewnątrz to na zewnątrz i nagle gdzieś wyczytuję, że pociąg to tak właściwie to dopiero jedzie od Dzierżoniowa a do tegoż jeździ komunikacja zastępcza czyli autobus. Fajnie. Wreszcie podjeżdża jakieś cudo na dwóch osiach i pakuję się do środka. Rusza to coś. Jak nie zacznie trzęść w środku. Silnik hałasuje. Idealne miejsce do wypoczynku. Jakby tego było mało to przecież taka namiastka pociągu musi zaliczyć wszystkie stacje kolejowe po drodze. Więc jedzie to po jakiś bocznych dróżkach przez pipidówki o których w życiu nie wiedziałem, że są. I tak sobie podróżuje przez Dolny Śląsk.b1 Wreszcie Dzierżoniów. Przesiadka do pociągu. Kilkanaście minut jazdy i Świdnica. Nawet nie spojrzałem na przystanek komunikacji miejskiej. Tak miałem dość autobusów na ten dzień. Plecak na właściwe miejsce i marsz na mój wygwizdów. Dotarłem tam po 25 minutach marszu. Zaletą jego (marszu) było to że nie zatrzymywałem się i nie musiałem wciskać nikomu bajerów.b1
    Wszedłem do domu i zaraz przyszła mi taka myśl - czy ja przypadkiem nie byłem ostatnim, który dotarł do domu? Zapewne nawet Marcin, który miał 200 km do przejechania, siedzi pod prysznicem albo już coś wcina. A ja? Z Kłodzka do Świdnicy w 5 godzin. Rzekłbym - rekord świata.b1