przewodnik sudecki, sudety, góry, wałbrzyskie, kamienne, blog turystyczny, schroniska czynne i dawne, turystyka, turystyka górska, wędrówka piesza, szlak turystyczny, ciekawostki, flora Sudetów, izery, rudawy, praca, blog, karkonosze, wieże widokowe, platformy widokowe, panorama, ludzie, legenda, legendy, mit, baza, bazy danych, kalendarium, wydarzenia, słowniczek terminów

2021.01.30-31 - Zimowe zmagania z białym ... wiadomo czym

   

 objaśnienie ikon i skrótów:

m - charakterystyczne miejsce, postać lub wydarzenie, w - wieża lub punkt widokowy, f - przedstawiciel sudeckiej flory, c - ciekawostka związana z miejscem, t - termin do objaśnienia, s - schronisko lub chatka obecne(a) lub byłe(a), a - atrakcja turystyczna

s - schroniska czynne, s- - schroniska nieistniejące, ch - chatki czynne, ch- - chatki nieistniejące

objaśnienie

mapy z różnych źródeł

strona internetowa

statystyki GUS

szlaki turystyczne

najciekawsze fotografie

najciekawsze wideo

ciekawe odnośniki do stron internetowych

literatura i artykuły prasowe

legendy związane z miejscem

ciekawostki

wieze i punkty widokowe

schroniska (chatki) istniejące lub byłe

poglądowe panoramki

aktualna i prognozowana pogoda

aktrakcje turystyczne

położenie na mapie wewnętrznej

położenie na mapie zewnętrznej

moje uwagi

powiązania z innymi pozycjami

miejsca, ludzie, wydarzenia w promieniu 15 km

filtrowanie informacji

pobranie pliku

    Blacha zdobyta ale łazęga ograniczona wyimaginowanymi przepisami, które z logiką nawet się nie mijały - tu mógłbym przytoczyć dziesiątki przykładów, tylko po co? I tak żaden żałosny politruk tego nie czyta. A nawet gdyby, to ze zrozumieniem miałby problemy - zdania złożone i bez "amen" na końcu. b1
    Co robić? Organizować sobie samemu lub korzystać z okazji. I takowa nadarzyła się w ten weekend. Pojechałem wraz z byłą grupą kursową na zajęcia na śniegu - oczywiście w ścisłym reżimie sanitarnym. Ba. Tego reżimu to nawet jakby za dużo było. b1 Dezynfekcja na okrągło. Wiadomo - mróz i wirus. Takie mamy czasy że dezynfekcja musiała zastąpić czytelnictwo. Gdzie i z kim były te zajęcia? Firma Rakiety Śnieżne.
    Sobotni poranek. Sypie śnieg. Wiatr wieje a ja z plecakiem i dodatkową torbą idę na miejsce spotkania z kolegą, który po mnie ma przyjechać. Mijający mnie ludzie uśmiechają się pod nosem. Pewnie pukaliby się w czoło, gdyby nie to, że im się rąk z kieszeni nie chce wyciągać z powodu mrozu i wiatru. Stanąłem przy rondzie i czekam. Dzień wcześniej przesłałem kolesiowi mapkę jak mnie znaleźć. No niestety. Czytanie mapy to trudna sztuka i wnet mam telefon - Janusz przejechałem pod wiaduktem. Dobrze jadę? I tak i nie. Jeżeli chcesz dojechać na Kolorowe Jeziorka to dobrze ale beze mnie, a jeżeli chcesz mnie zabrać to raczej nie. Po kilku minutach jednak pojawił się - zależału mu na mnie. A mógł mnie zostawić bo pilota już miał. b1 Wsiadam w cytrynę i jedziemy na zachód. Po drodze musimy zabrać koleżankę z miejscowości G. Drogi w stanie rozpaczy. Śnieg pokrywa asfalt. Kierowcy nie dość, że niedzielni to jeszcze z zerowymi umiejętnościami jazdy po śniegu czyli - uwaga, jadę ja a reszta niech się po rowach chowa. Dobrze że ciężarówek nie ma bo to my byśmy chowali się po rowach. Prędkość maksymalna oscyluje w granicach 50 km/h. Szybciej się nie da, zwłaszcza że zaczęły się pagórki. Po godzinie jazdy odnajdujemy koleżankę. No teraz to już tylko cel przed nami.

    01

    Grubsza sznurówka

    Wkrótce docieramy pod Kolorowe Jeziorka. Zimą ta nazwa to wogóle nie ma racji bytu. Niby kolorowe a wszystkie białe. Z kolei latem określenie "Jeziorka" też się ma nijak do rzeczywistości. Ja je określam mianem - dwa jeziorka i dwie (w porywach) kałuże.b1 Wysiadamy z pojazdu, kilkaset metrów marszu przez las. A po drodze? Drzewa iglaste których nikt nie potrafi nazwać. Obciach. Jakiś nieznany gatunek albo w zimie coś im się korą dzieje. Trudno. Poźniej poszuka się w necie. Docieramy na miejsce a tam ... sielanka. Namiocik, ognisko i kolega ze środkami dezynfekującymi - kto chce niech korzysta.b1 Inni nasi już są. Przywitanie w reżimie. Sporo gadki czyli kto, komu i dlaczego i rozpoczynamy zajęcia. Na pierwszy ogień - zmagania z linami, karabinkami i poręczówkami. Dla mnie to nowość. Tak. Nowość bo nigdy mnie nie pociągało zmaganie się z linami. No ale muszę spróbować bo Junior z tym jest za pan brat a ja nie powinienem być gorszy. Niestety. Miłości do tego zajęcia nie nabyłem. Jakoś mi te grubsze sznurówki nie leżą. Wkrótce robię myk i uciekam do ogniska pod pretektem rozgrzania i posilenia się kiełbaską. Dziwna sprawa ale na tym mrozie to apetyt miałem jak smok. A może to tylko te liny mi się nie podobały? Jedno jest pewne. Kukuczki nkt ze mnie nie zrobi. No przykro mi. Polski alpinizm zapewne tego nie pożałuje. b1
    Wkrótce przechodzę do drugiej części zajęć - czyli do igraszek z czekanem. O! To jest to. Zjeżdżam po stoku na czterech literach. Hamuję czekanem. Włażę do góry za jego pomocą. Biorę drugi. Włażę za pomocą dwóch. Fajna zabawa. Nawet wtedy kiedy muszę zejść na dół za pomocą liny ale wejście już jest z czekanem. Stary facet a bawi się jak dziecko. Ale te umiejętności mogą się kiedyś przydać bo Junior to ma głowę pełną pomysłów. b1
    Czas szybko mija. Koniec zajęć. Wracamy do autek i w drogę - na kwaterę. Po drodze jeszcze zakupy - m.in. środków dezynfekujących - w okolicznym markecie, i obieramy kierunek - Chełmsko Śląskie i okolice. Dokąd dokładnie? Teraz - jak wiadomo - nie mogę napisać ale w normalnych czasach będę polecał to miejsce. Cisza, spokój, widok na góry, dobre warunki noclegowe i nie tylko.
    Z doświadczenia wiem, że pierwsze co trzeba zrobić po przybyciu na kwaterę to przygotować sobie posłanie i zapamiętać drogę do niego, co też czynię. Z zapamiętaniem drogi problemów nie ma bo śpię obok jadalni, w której będziemy wkrótce dyskutować. Kolega - ten od transportu - oddał mi swój materac więc spanko na podłodze będzie mi niestraszne. Tak. Na podłodze. Czasy są takie, że młode ... cztery litery śpią w łóżkach a stare muszą na podłodze. Ale jak to mówią - kij szlachcie w owe cztery litery. I to daj boże jak najgrubszy. b1
    Zbieramy się w jadalni, przestawiamy stoliki i rozpoczynamy dyskusję o wszystkim i o niczym w jak najbardziej ścisłym reżimie sanitarnym. Dezynfekcja idzie po całości. Widzimy się rzadko więc jest o czym opowiadać. Po tym spotkaniu też będzie o czym opowiadać. Mniejsza o szczególy ale ... było świetnie. Ot. Jak to w grupie zżytych ze sobą znajomych, którzy przez ostatnie dwa lata, niejedną książkę razem przeczytali i przedreptali z tysiąc kilometrów w słońcu, deszczu, mrozie i po śniegu.
    Szybko - bo już tuż po 22-giej - idziemy spać. Walę się (tak ma być napisane) na wcześniej przygotowane posłanie i błyskawicznie zasypiam. Niestety. Kolega obok (niestotne imie) zaczął chrapać. Co jak co? Ale to wychodzi mu doskonale. Przy jego chrapaniu kryształy pękają. Ale to jeszcze nic. W sumie nie narzekam bo też chrapię więc swój swego popiera. Ale mój sympatyczny kolega od transportu? Ten to miał przechlapane. To łagodne określenie. Jego noc wyglądała tak. Najpierw uspokaja pierwszego chrapiącego. Kładzie się do łoża by wkrótce obudzić mnie bo ja też chrapię. Kiedy już dwaj chrapacze śpią w ciszy ... nagle zaczynają dochodzić odgłosy walki z dolegliwościami żoładkowymi innego uczestnika. Dobrze że jego żółądek ma ograniczoną pojemność. Zapada błoga cisza i nagle ... pierwszy uspokojony zaczyna ponownie chrapać. Kolega podkłada mu podusię pod głowę bo ponoć to może pomóc. Niestety. I tak trwało to prawie calą noc w tym cyklu. Rano w zasadzie wszyscy byli wyspani, niektórzy opróżnieni poza tym jednym. Jego poranne "dzień dobry" nie nadaje się do powtórzenia. b1
    Śniadanko, pakowanko i w drogę. Dziś to będą atrakcje. Pogoda jak dobrej bajce. Pełne słońce tylko chyba termometry się popsuły. Na każdym słupek rtęci sięga -14 st. C poniżej zera. Wdziewam na siebie cały zapas posiadanych ciuchów. Żartów nie ma. Mróz jak diabli. Najważniejsze że nasze furmanki odpaliły i jest czym jechać. Kierunek ... gdzieś tam pod Lasockim Grzbietem. Uwielbiam to pasmo więc jestem z góry zadowolony z docelowego miejsca. Wkrótce dojeżdżamy na miejsce a tam czekają nas ... rakiety śnieżne. Równiutko ustawione w rzędzie (gdyby tylko umiały myśleć to zapewne wtedy pomyślały - oj damy Wam popalić). W życiu na czymś takim nie chodziłem. Ale kiedy przypomniałem sobie wszystkie te przeczytane w dzieciństwie książki o polarnych wyprawach, pomyślałem - marzenia się spełniają. Co prawda współczesny sprzęt mało przypomina ten z książek ale jego przeznaczenie nie zmieniło się czyli człapanie po głębokim śniegu. Zakładam je na buty - nie bez trudności - i w drogę. Kierunek Lasocki Grzbiet poza szlakowymi ścieżkami. Początek marszu jest dla mnie dość trudny bo zbyt wysoko podnosiłem stopy co wkrótce dało o sobie znać. Ale kiedy popatrzyłem na ślady poprzedników to stwierdziłem, że można prawie tak jak na biegowych deskach.

    01

    Panoramiczny szał

    Idziemy w górę. Śniegu sporo. Słoneczko świeci a z tyłu zaczyna robić się piękny widok. Im wyżej tym panorama szersza. Każdy kto kiedykolwiek wędrował po Lasockim Grzbiecie jego wschodnią stroną to wie, że z niego widać całe Sudety Środkowe i wiele pasm ze Wschodnich. Panoramka taka, że należałoby tyłem iść aby niczego nie uronić. Szał w oczach. Kotlina Kamieniogórska jak na dłoni. W oddali dobrze widoczny WKS - czyli Włostowa, Kostrzyna i Suchawa w Górach Kamiennych. I jeszcze dalej Góry Sowie, Góry Stołowe, Góry Orlickie, itd. Panoramka w linku.
    Rakiety śnieżne to jednak fajna sprawa. Idziemy w poprzek stoku po głębokim śniegu. Bez nich to byłoby ciężko. A w nich nie zapadamy się. Na górze pamiątkowa fotka. Oby tylko jedna. Cykamy co się da zwłaszcza, że po stronie zachodniej Królewna Śnieżka jak na dłoni. Więc i Ona też się łapie w ujęcia. Robię i ja. Kolega jest wybitnym miłośnikiem tego pagórka to robię foty aby - w odpowienim momencie - podnieść mu ciśnienie. Zaoszczędzi na kawie. b1
    Wracamy. Rakiety jednak mają jedną zasadniczą wadę - źle się na nich schodzi ze stromych stoków. Ale od czego ma się cztery litery. Więc te wszystkie stromizny pokonujemy na nich. Jak dzieci. Śmiechu jest co nie miara. Zabawa przednia i o to chodzi. Niecała godzina marszu w dół i koniec. Rakiety z butów. Pożegnanie z organizatorem i ... jeszcze wisienka na torcie. Jedziemy morsować. Spoko. Mnie to nie grozi ale kilka osób z naszej grupy jest miłośnikami tego szaleństwa. Kierunek zalew w Krzeszówku. Ludzi sporo. Co dziwne więcej morsujących niż obserwatorów. Robimy foty na tle naszych znajomych szaleńców. Zimno nam jak diabli a oni w tej wodzie. Brrrrrrrr. Ale tak w sumie to nie ma się co dziwić. My w temperaturze -10 st. C a oni w temp. 0 st. C. To komu ma być zimniej? b1

    01

    Żegnamy się i do domciu. Do piecyków i innych grzejników. Po drodze Wałbrzych i spotkanie z moim ulubionym przewodnikiem. Krótka gadka i w drogę. Za miesiąc powtórka. Idziemy połazić po Górach Orlickich. Też będzie wesoło. A jak będzie za wesoło to ja wtedy wyciągnę fotki Śnieżki b1.